Muzyczne.Info

serwis muzyczny, informacje muzyczne, plotki, koncerty, płyty, newsy, listy przebojów

Newsy Pop / Dance Rap / HipHop

RUSKIEFAJKI – jest debiutancka płyta i wyjątkowy wywiad – przeczytaj

RUSKIEFAJKI – objawienie ostatnich miesięcy w świecie polskiego rapu i popu w mega wywiadzie.

Fani pokochali wokalistkę za niezwykły głos, wyjątkowo szczere teksty zainspirowane doświadczeniami z życia, odważny wizerunek i silną osobowość. W Walentynki ukazał się jej rewelacyjny debiutancki album, zatytułowany „GEJSZA”.

Poniżej prezentujemy obszerny wywiad z tą niesamowitą wokalistką:

Wiele osób poznało cię za sprawą dyptyku „Szatan kazał tańczyć” i „Bóg kazał przestać”. Czy to wciąż ważne dla ciebie utwory?

RUSKIEFAJKI: To pierwsze piosenki, które napisałam. To były dwa utwory dla mnie najtrudniejsze, ale też o największej wartości terapeutycznej. Bo dla mnie pisanie piosenek ma przede wszystkim funkcję terapeutyczną. Nie tworzę ich, by zadowolić innych czy załapać się na jakiś trend. Muzyka jest dla mnie terapią i ukojeniem. Swoich starszych piosenek słucham w momentach kryzysu, emocjonalnego spadku, bo wciąż jestem w stanie się z nimi utożsamić – nie wyzbyłam się tych emocji na zawsze. Te utwory pomagają mi za każdym razem przejść przez trudne chwile.

Tytuły tych piosenek pochodzą od twoich tatuaży, prawda?

Tatuaże zrobiłam sobie, zanim powstały te piosenki, ale przez całe życie kieruję się tymi dwoma hasłami.

Singiel „Bajeczka” był kontynuacją „Szatana” i „Boga”?

„Bajeczka” jest troszeczkę o czymś innym. „Szatan” i „Bóg”, tak jak cała moja płyta, są moim katharsis, oczyszczeniem z przeszłości. „Bajeczka” jest bardziej aktualnym utworem. Co ja poradzę, że ze mnie cały czas takie teksty wychodzą (śmiech). Padają oskarżenia, że jestem monotematyczna, ale moim zdaniem zróżnicowanie brzmieniowe piosenek sprawia, że w tekstach mogę sobie pozwolić uleczyć serce. Moi słuchacze nie mają z tym problemu. Uważam, że właśnie tym u odbiorców plusuję, że wyczerpuję dany temat – bo mam o nim dużo do powiedzenia na różne sposoby. „Bajeczka” jest utworem lżejszym, bardziej lirycznym niż poprzednie. Mimo że przekaz ten sam, wynikający z tego samego doświadczenia, to jednak historia inna i inaczej opowiedziana.

Czy wszystkie twoje teksty są oparte na twoich prawdziwych przeżyciach?

Tak, to jest wszystko autentyczne. W moich tekstach nie pojawia się fikcja literacka. Wszystkie piosenki z płyty powstały na podstawie moich własnych doświadczeń. Nie są przekoloryzowane – wręcz bywają czasami odbarwiane, bo gdybym miała opowiedzieć wszystko tak jak było, to nie byłby to odpowiedni kontent dla szerszej publiczności…

W „Bóg kazał przestać” pada najmocniejsze wyznanie nienawiści, jakie słyszałem od dawna w piosence: Życzę ci największych tortur/ Demonów bólu u boku/ Pragnę jednego widoku/ Jak się przymierzasz do skoku. Czy nie było ci trudno zaśpiewać takie słowa?

No tak, to jest czysta nienawiść płynąca z tego utworu, przyznaję się do tego. Cały mój proces twórczy jest zależny tylko od moich emocji. I ten utwór jest dla mnie bardzo ważny, dlatego że po wyrzuceniu z siebie słów, które przytoczyłeś, nagrywając ten utwór i puszczając go w eter, poczułam wielką ulgę. Większość ludzi mogło pomyśleć, że to bardzo okrutne, że najgorszemu wrogowi nie życzy się śmierci, ale powinni się zwrócić o opinię do każdej zranionej kobiety, która bardzo mocno kochała i spytać, czy zgadza się z tym w stu procentach. Zranione serce boli najbardziej i nie zna żadnych reguł. Poza tym to, że ja piszę taki utwór, to nie znaczy, że cały czas się karmię tą emocją. Jestem plastyczna, jeśli chodzi o poglądy i opinie, potrafię spojrzeć na rzeczy z innej perspektywy i przyznać, że się pomyliłam. Ta piosenka była dla mnie jak kłótnia, którą toczy się z inną osobą. Kiedy jesteśmy nabuzowani, a nasze nerwy sięgają zenitu, bardzo często zdarza się, że nie myślimy nad tym, co robimy i mówimy do najbliższych osób najgorsze rzeczy. Fakt, że zwykle te słowa gdzieś giną w eterze, a ja postanowiłam utrwalić je na taśmie. Ale to świadczy o tym, że moja muzyka to cała ja. Wszyscy moi bliscy wiedzą, że nie jestem osobą, która życzy komuś śmierci, tylko że bardzo mocno kocham. To, że wypuściłam wtedy taki utwór nie znaczy, że cały czas myślę tak samo. W momencie wydania tej piosenki osoba, która była adresatem tych słów mnie przeprosiła, wznowiła ze mną kontakt i teraz jesteśmy na gruncie neutralnym. Wyzbyłam się większości negatywnych emocji.

Z twoich tekstów wynika, że często spotykasz się z hejtem – zarówno dotyczącym twojej muzyki, twojej pracy, jak i twojej osoby. Jak sobie z nim radzisz?

Nadal jest to dla mnie bardzo ciężki bagaż. Hejt nasilił się, gdy pojawił się „Szatan kazał tańczyć”. Ale już wcześniej się udzielałam w internecie, na Instagramie, więc byłam do niego przyzwyczajona – a szczególnie po tym, jak zaczęłam tańczyć w klubie ze striptizem. Całe życie tak naprawdę zmagam się z krytyką i to dość ostrą. Życie mnie nie oszczędziło, dlatego jestem tak przyzwyczajona do skrajnych opinii. Tyle razy słyszałam te same zarzuty, że się na nie uodporniłam. Ale tym samym uodporniłam się na komplementy. Przepuszczam przez taki pasywny filtr wszystko, co ludzie do mnie mówią, bo jestem przekonana o wszechobecnym okrucieństwie i braku zrozumienia. Co nie znaczy, że nie jestem wrażliwa i nie przejmuję się – nie wypracowałam w sobie takiej totalnej znieczulicy. Czasem ten hejt mi jednak pomaga – im większy sukces odnoszę, tym mniej przejmuję się opiniami innych. Robię swoje i tyle. Na nowej płycie w kilku momentach odniosę się bardzo dosadnie do hejterów. Ludzie mówili, że moje pierwsze single były mocne, ale na płycie jest kilka utworów jeszcze mocniejszych.

Porozmawiajmy teraz o twoim śpiewie. Na tle sceny, nazwijmy ją, okołorapowej, zdecydowanie wyróżniasz się profesjonalnym warsztatem wokalnym.

Dziękuję, bardzo mi miło. Często słyszę, że ten warsztat jest. I trudno mi się nie zgodzić – coś tam o śpiewaniu wiem, a nawet wiem całkiem dużo, bo uczę się tego od dziecka. Uważam, że na polskiej scenie związanej z rapem i hip-hopem mamy sporo artystów, którzy dobrze wypadają wokalnie, ale rzeczywiście brakuje osób, które się naprawdę wyróżniają. Co do mojego wokalu, to szkolę go cały czas. To nie tak, że po prostu posiadam głos i tylko pokazuję go na nagrywkach. Wciąż go szlifuję, poszerzam skalę i uczę się występować na żywo. Postaram się bardzo wokalnie zaskoczyć na nowej płycie, ale mam plan też w przyszłości bardziej uderzyć w rap. Nie to, że chcę zamienić śpiew na rapowanie, ale jako że dykcja i recytacja to tematy, które nie są mi obce, to w tych dziedzinach także zamierzam pokazać, co potrafię.

Jak wygląda zatem twój muzyczny „background”?

Śpiewałam w chórze dziecięcym Don-Diri-Don Politechniki Szczecińskiej. Dołączyłam do niego, gdy miałam 6 lat – nie byłam nawet w zespole przygotowawczym, od razu przeszłam do składu koncertującego. W chórze spędziłam 15 lat, z tego 12 intensywnego koncertowania. Do tego przez 6 lat uczyłam się śpiewu operowego. Studiowałam też edukację muzyczną, którą jednak rzuciłam po pierwszym roku. Od pierwszej klasy szkoły podstawowej grałam na instrumentach – na skrzypcach i fortepianie.

Wiem, że z chórem miałaś okazję zwiedzić spory kawałek świata.

Chór Don-Diri-Don słynął ze swoich światowych wyjazdów. Mój pierwszy wyjazd za granicę w ogóle to były Australia, Malezja i Singapur. Poza tym byłam w Japonii, Chinach, Brazylii, Indiach, Izraelu – długo mogę wymieniać. Jeśli chodzi o podróże, to mam bardzo bogaty bagaż doświadczeń. Śmieję się, że w 22 lata życia zrobiłam przyspieszony kurs doświadczeń 50-latka (śmiech). Postawiłam sobie taki cel, że jeśli mi wyjdzie z muzyką – a na razie idzie całkiem dobrze – to we wszystkie miejsca, które odwiedziłam z chórem, zabiorę moją mamę i chłopaka.

Co dały ci występy w chórze?

Przede wszystkim wielką pewność siebie na scenie. Dzięki nim jestem obyta ze sceną i na pewno nie boję się dużej publiczności. Jestem w stanie poradzić sobie ze stresem związanym z występami. Poza tym chór pozwolił mi przełamywać bariery językowe. Podczas wyjazdów najczęściej mieszkaliśmy u host families, rodzin lokalnych chórzystów. I tam trzeba było sobie poradzić, gdy się chciało jeść i pić (śmiech). Latami ćwiczyłam swój warsztat, jeśli chodzi o język angielski. Umiem też śpiewać w wielu językach – po japońsku, chińsku, hebrajsku, portugalsku, niemiecku, włosku, bułgarsku. Nasz chór zawsze przygotowywał taki bonus dla lokalnej publiczności, wykonując utwór w jej ojczystym języku. Kiedy w czasach studenckich chodziłam na imprezy, to znajomi często mi rzucali: Zaśpiewaj po japońsku. I śpiewałam (śmiech). Chór zaszczepił mi jednak kilka mniej pozytywnych cech. Trudno jest mi dogadać się z nie-muzykami. Od zawsze byłam zasymilowana ze środowiskiem muzycznym, a chór dawał mi poczucie przynależności. W szkole nie miałam zbyt wielu przyjaciół, wręcz byłam poważnie nękana, za to w chórze było mnóstwo koleżanek, wśród których mogłam się poczuć sobą. Chór był dla mnie terapią. Po latach zrozumiałam, że wciąż to we mnie siedzi. Gdy tańczyłam w klubie albo pracowałam w „normalnych” miejscach, to czułam, że nie do końca rozumiem ludzi wokół mnie, nie mogę się z nimi w pełni dogadać. Na studiach tak samo, choć tam przecież też byli muzycy. Ale są muzycy i „muzycy”. Teraz mam wielu kolegów ze sceny rapowej i hiphopowej. Jeśli dobrze dobierzesz towarzystwo wokół ciebie, to życie jest po prostu piękniejsze. Mój chłopak to rozumie, bo sam jest muzykiem.

Dlaczego zrezygnowałaś ze studiów muzycznych?

Nie podobało mi się na studiach. Nie poszłam na nie z przymusu, ale zniechęcił mnie schematyzm edukacji. W Szczecinie nie ma wielu możliwości rozwoju muzycznego, większość muzyków idzie tą samą drogą. Na studia poszłam więc za grupą. Za dużo było na nich zajęć przygotowujących do bycia nauczycielem czy dyrygentem. Sporo było elementów pedagogiki – nie wszyscy wiedzą, że byłam kiedyś animatorem dziecięcym. Na początku wydawało mi się super opcją, by zajmować się kiedyś edukacją dzieci, ale wraz z rozpoczęciem studiów, dokładnie na osiem dni przed początkiem roku akademickiego, zaczęłam pracę w klubie ze striptizem. Studia łączyłam z byciem striptizerką. Zaczęłam dużo zarabiać i w pewnym momencie stwierdziłam, że te studia mi nie są potrzebne. Ale teraz się z tym nie zgadzam. Zamierzam na studia wrócić. Nie wiem jeszcze na jakie – na pewno związane z muzyką, bo chciałabym zgłębiać ją teoretycznie. W tej chwili wszystko postawiłam na jedną kartę, związaną z tworzeniem swojej muzyki, ale jestem zawsze przezorna i ubezpieczona, bo uważam, że w życiu trzeba mieć plan B.

W „Szatan kazał tańczyć” śpiewasz: Sama zabiłam marzenia, tylko by zgadzał się hajs. Czy te słowa odnoszą się właśnie do pracy w klubie nocnym?

Dokładnie tak. Wszyscy mówili mi, że jestem świetna, jeśli chodzi o taniec i że z tego spokojnie utrzymam się gdzieś do 40. roku życia. Myślałam, że skoro mam tyle pieniędzy, jestem zadowolona z pracy, to po co studiować. Bo branża go-go i sexworkingu jest bardzo dobrze płatna, ale moim zdaniem tak płytka, że nie ma w niej miejsca na marzenia. Żadnych ambicji, tylko finanse. Ludzie w niej są tak smutni jak policja (śmiech). Byłam zaślepiona, wygodna, zapomniałam o muzyce. Kiedy zaczęłam tańczyć, przestałam zwracać uwagę na to, że w życiu trzeba mieć pasję. A dziś pasja i miłość to dla mnie rzeczy najważniejsze w życiu.

W którym momencie stwierdziłaś, że jednak chcesz tworzyć własną muzykę?

Wcześniej nie planowałam wykonywania własnej muzyki – śpiewałam covery, brałam udział w konkursach. Ale zawsze chciałam pisać piosenki, tylko nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Wydawało mi się, że to poza zasięgiem moich możliwości, a kiedy równocześnie studiowałam i tańczyłam, to nie miałam na to czasu. I znów odniosę się do tego, że piszę zazwyczaj wtedy, gdy coś złego we mnie siedzi. Kiedy pracowałam w klubie, byłam w głębokiej depresji, uzależniona od alkoholu i narkotyków. Po pracy przychodziłam do pustego domu pod wpływem silnych substancji i po prostu kładłam się spać. Zastanawiałam się, co zrobić, by się poczuć trochę lepiej. I zaczęłam pisać. Kiedyś siedziałam w poezji, pisałam amatorskie wiersze, ale nigdy ich światu nie pokazałam. Kiedy już teksty powstały, pomyślałam, że mogłabym je nagrać – ale tak bardziej dla siebie i dla najbliższych. A kiedy przyszła pandemia i zamknęli kluby, miałam dużo wolnego czasu. Pojawiła się akcja Hot 16 Challenge i stwierdziłam, że to dobra okazja, by przelać myśli na papier. „Szesnastkę” napisałam w piętnaście minut, ot tak, z nudów. Nie sądziłam, że to się odbije jakimkolwiek echem, a okazało się, że wyszło mi bardzo. Potem napisałam „Szatan kazał tańczyć”, z którego jestem bardzo dumna. Ten utwór kosztował mnie bardzo dużo. Obnażył mnie z każdej strony. Dosłownie – na plan teledysku wchodziłam prawie naga (śmiech). W piosence powiedziałam: to jestem ja, jestem nieszczęśliwa, przyjmijcie to albo nie. Na szczęście ludzie to przyjęli. Choć przyznam, że nie byłam przygotowana na aż taki odzew i zaczęłam odczuwać coraz większą presję. Ale zaczęło się do mnie zwracać wiele kobiet, które czuły to samo, a nawet były w takiej samej sytuacji. I wtedy zrozumiałam, że warto jest to robić, bo nie jestem sama na świecie ze swoimi problemami. Że są kobiety, ale też mężczyźni, którzy to samo czują. To właśnie mnie skłoniło do dalszego tworzenia muzyki i nagrania płyty.

Wspomniałaś o nagości, czy też prawie nagości w teledysku. Prezentujesz bardzo odważny wizerunek – nie obawiasz się, że ktoś zarzuci ci, że sprzedajesz swoją twórczość skandalem?

Mój wizerunek jest odważny, bo ja jestem odważna. W utworach mówię to, co myślę, a w internecie pokazuję się taką, jaka jestem. Kiedy śpiewam o osobistych rzeczach, to tak właśnie siebie wizualizuję, roznegliżowaną. To może wyglądać jak kreacja, bo każdy artysta kreuje wizerunek, myśli wizualnie. Ale ja jestem osobą, która kocha swoje ciało. Zarabiałam nim na życie, tańcząc w klubie ze striptizem, i skoro o tym opowiadam w muzyce, to dlaczego mam to ciało zakrywać? Poza tym uważam, że chociaż pokazuję dużo, to nie jest to zbyt wulgarne, erotyczne aż do przesady… A co do skandalu – nigdy nie chciałam wzbudzać go intencjonalnie. Po prostu tak się zachowywałam sama z siebie – to nigdy nie była zaplanowana akcja. Wierzę, że po przesłuchaniu nowej płyty ludzie to zrozumieją. Zresztą, stopniowo będę odchodzić od skandalu wizerunkowego – wolę wywoływać skandal swoją liryką (śmiech). Ale nie chciałabym mocno zmieniać swojego wizerunku, bo niegrzeczność i pazur są ważną cząstką mnie.

Właśnie ukazał się Twój debiutancki album „GEJSZA”. Co czujesz, gdy słuchasz płyty i trzymasz ją w rękach?

Jestem z niej w stu procentach zadowolona. Pierwszy raz czuję, że zrobiłam coś, co jest w pełni zgodne ze mną samą. Album pokazuje wiele wersji mnie – wszystkie wersje, które chciałabym, aby ludzie poznali. I te pozytywne, i te najczarniejsze. Płyta jest też bardzo ciekawa pod względem wizualnym. Tytuł i oprawę graficzną bardzo gruntownie przemyślałam. Chcę, by ludzie widząc tę płytę mówili, że jest bardzo charakterystyczna, trudna do zapomnienia. Tak, jak ja jestem – ze względu na mój wygląd i pseudonim.

No właśnie – skąd się wzięła ksywka RUSKIEFAJKI i co oznacza?

To śmieszna historia. Powstała, gdy miałam 16 czy 17 lat – wtedy to dopiero byłam skandalistką (śmiech). Gdyby ludzie wiedzieli, co wtedy robiłam, toby się za głowę złapali (śmiech). No cóż, byłam zbuntowaną nastolatką, udzielającą się już na Instagramie, i musiałam wymyślić sobie pseudonim dla tych, którzy czytali mnie w internecie. Kiedy chodziłam do liceum, w szkole była taka kanciapa szatniarza, który był stary, ślepy i palił rosyjskie papierosy. I ja i moja ówczesna dziewczyna, obecnie przyjaciółka, podkradałyśmy mu te papierosy, o czym on oczywiście nie wiedział. Kradłyśmy fajki i paliłyśmy na boisku. Któregoś dnia powiedziałam: Tyle palę tych ruskich fajek, że zostanę Ruskiefajki.

W ostatnich miesiącach, za sprawą takich artystek jak Young Leosia, Oliwka Brazil czy Dziarma, dużo się mówi o dziewczynach w rapie i hip-hopie, Co sądzisz o pozycji kobiet na rapowej scenie?

Fajnie, że pojawiła się nowa fala artystek rapowych i fajnie, że kobiety robią muzykę, bo babkom ogólnie trudno jest wbić się w mainstream… Ale mnie osobiście, muzycznie ta nowa fala się nie podoba. Mam inne podejście do muzyki. Jestem muzykiem i dla mnie muzyka musi o czymś ważnym opowiadać. Artysta powinien moim zdaniem mówić o tym, co naprawdę czuje. Dlatego bliżej jest mi do artystek, które warstwę liryczną mają bogatszą, a przede wszystkim same tworzą swoje rzeczy. Mam sentyment do takich raperek, jak WdoWa, Ryfa Ri – fajne babki. Cieszę się, że w Polsce powiększa się społeczność girl power, coraz więcej się mówi o body positive, ale z obecnymi trendami muzycznymi się nie utożsamiam w najmniejszym stopniu. Niemniej jednak kobiecy rap wspieram w stu procentach, a w przyszłości sama chciałabym do niego dołożyć cegiełkę.

Rozmawiał: Maciej Koprowicz

źródło: materiały prasowe e-Muzyka

 

RUSKIEFAJKI „GEJSZA” Premiera: 14 lutego 2022

Ruskiefajki to objawienie na polskiej scenie rapowej i popowej. Pojawiła się jakby znikąd, nagrywając w maju 2020 oszałamiający #Hotl16Challenge2 i z miejsca zdobyła ogromną popularność. Fani pokochali wokalistkę za wspaniały głos, oryginalny styl, silną osobowość i niesamowitą charyzmę. Jej piosenki i teledyski uwodzą zmysłowością i chwytają za serce opowiadanymi historiami.

W kolejnych miesiącach można było usłyszeć RUSKIEFAJKI na singlach różnych wykonawców, m.in. Majora SPZ, Kartky’ego, PIT-a, Zarzyckiego, Wyszyńskiego i Śliwy. Każdy z tych kawałków stał się wielkim hitem. Podobnie było z debiutanckim solowym singlem RUSKIEFAJKI, zatytułowanym „Szatan kazał tańczyć”. Utwór wydany w sierpniu 2020 uzyskał ponad 7 milionów odtworzeń na YouTube. Sukcesami były również dopełniający singlowego dyptyku „Bóg kazał przestać” z czerwca 2021, „Bajeczka” z września oraz „Romance” (feat. Floral Bugs) z października.

Tracklista:

1. Szatan kazał tańczyć

2. Fatamorgana feat. deys

3. Bajeczka

4. Zła

5. Romance feat. floral bugs

6. C’est la vie

7. Gejsza

8. Kołysanka feat. kartky

9. Zostań

10. Stara ja

11. Dość

12. Mantra

13. Bóg kazał przestać

Podziel się: